Gdy w 2024 roku pojawiła się informacja o pierwszej edycji King of the Bay wiedzieliśmy, że musimy tam się pojawić. Pierwsza edycja tej wyjątkowej imprezy była dla wszystkich niewiadomą bo do końca nikt nie wiedział czego oczekiwać. Jedno było pewne, to będzie święto sportów wodnych – bez znaczenia kite, windsurfing czy sup. Tak było w rzeczywistości, a najważniejszym punktem festiwalu był wyścig przez zatokę i walka o tytuł Króla i Królowej zatoki.
Podczas pierwszej edycji nawet nie myślałem o tym aby wystartować w zawodach, ale to zostało w głowie i z czasem taka myśl zaczęła kiełkować. Kiedy w tym roku pojawiła się informacja o starcie zapisów na kolejną edycję KOTB długo się nie zastanawiałem. Absolutnie nie myślałem o ściganiu się – przecież jestem amatorem lubiącym po prostu spędzać czas na SUP’ie i tyle. Chciałem sprawdzić się na takim dystansie, w takim miejscu, zrobić kolejną fajną rzecz. Miała to być nowa przygoda i taka właśnie była.
Zacznijmy od początku.
Do Rewy postanowiliśmy przyjechać już dzień wcześniej aby oszczędzić sobie jazdy w korkach. Prognozy pogody nie były zachęcające, przede wszystkim silny wiatr, który nigdy nie pomaga na SUP’ie. Oczywiście wszyscy startujący w dyscyplinach wiatrowych raczej cieszyli się z takich warunków. Organizatorzy zadbali o to aby wszystkie wyścigi były rozegrane w miarę optymalnych warunkach dlatego też wyścig SUP odbył się drugiego dnia festiwalu, kiedy to prognozy były najkorzystniejsze – ale nie idealne. Na pogodę nie ma się wpływu. Dzień przed startem pojawiało się wiele spekulacji na temat miejsca, z którego będziemy startować. Ostatecznie trasa miała przebiegać z Pucka do Cypla w Rewie gdzie odbywał się cały festiwal, ze startem wyznaczonym na 15:30. Nadal wiało, a zatoka nie wyglądała jak spokojne jezioro. Po skippers meeting’u nasze deski zostały zapakowane na busy i przetransportowane na plażę w Pucku. Zawodnicy popłynęli ribb’ami do punktu startu. Szczerze mówiąc: nie była to najprzyjemniejsza podróż, dość duże fale do tego spora prędkość więc wszyscy obijali się o siebie podczas tej drogi.
Dla mnie był to pierwszy taki wyścig. Choć kilka razy wcześniej miałem okazję pływać po morzu tutaj było to zupełnie coś nowego. Morze niespokojne, temperatura wody jak to w Bałtyku – raczej nie rozpieszczała, no i dystans. Wcześniej pływałem już dłuższe odcinki, ale nie po morzu. Stres był. Moim największym zmartwieniem było to aby nie pomylić kierunku, bo tak naprawdę nie byłem pewien czy na otwartej przestrzeni nie obiorę złego azymutu. Na szczęście nie było tak źle bo jak się okazało cały czas miałem ląd w zasięgu wzroku.
Start wyznaczony na 15:30 trochę się opóźnił, ale ostatecznie o 16:00 wystartowaliśmy. W pierwszej lini startowej sztywne deski, my na pompowanych zajęliśmy drugi rząd. Po starcie z plaży płynęliśmy prostopadle do niej jakieś 300 może 400 metrów do boi, na której musieliśmy wykonać zwrot o 90 stopni w prawo. I tu się zaczęło. Boczna fala nie oszczędziła nikogo. Łatwo nie było, ale nie można się poddawać. Po tych kilkuset metrach walki z falami płynęliśmy jakieś 4 kilometry wzdłuż wybrzeża. Fale nie odpuszczały, ale uderzały od tyłu więc było nieco lżej. Taki downwind pomaga, ale kiedy nie ma się doświadczenia w takich warunkach – jest to dość wymagające. Czołówka zawodników dość szybko się oddalała ode mnie, ale nie zamierzałem się z nimi równać. Ten wyścig był dla mnie przede wszystkim sprawdzeniem siebie, swoich sił i możliwości. Cały czas byli zawodnicy za mną jaki i przede mną. Starałem się utrzymać tempo i dotrwać do końca. W głowie kotłowały mi się przeróżne myśli. W gorszych momentach chciałem się poddać i wsiąść na którąś z motorówek, które nas eskortowały. Wiedziałem jednak, że jeśli tak zrobię będę wściekły na siebie i to motywowało do dalszego wiosłowania. Po przepłynięciu cypla lekko skręciłem w prawo i kierowałem się na Rewę, na otwartej przestrzeni wiało mniej, a fale trochę się uspokoiły. Nie oznaczało to jednak, że płynęło się łatwiej. Fale, które wcześniej pchały teraz już stawiały opór i momentami miałem wrażenie że stoję w miejscu. Do tego wszystkiego mój brak przygotowania dał o sobie znać. Bolały mnie wszystkie mięśnie, paliły ramiona, plecy i nogi. Zadawałem sobie pytanie po co ja to właściwie robię? Po co mi to? A potem mówiłem sobie: jeszcze tylko 7 kilometrów, jeszcze tylko 6 kilometrów. I tak odliczałem wiedząc, że z każdym pociągnięciem wiosła jestem bliżej mety. Cypel w Rewie robił się coraz większy i już nie tylko widziałem zarys kite’ów na niebie i krzyża na cyplu, ale pomału z oddali wyłaniały się postacie i flagi sponsorów. Koniec był coraz bliżej, a zmęczenie coraz większe. Okazało się, że meta nie była tak dobrze oznaczona jak mogło się wydawać – jakieś 2 kilometry od niej podpłynął do mnie człowiek na skuterze i podpowiedział abym kierował się na krzyż bo meta jest jakieś 20 metrów na prawo od niego. Też tak zrobiłem. Byłem coraz bliżej. Wśród ludzi na plaży zauważyłem dwie osoby w żółtych bluzach. Od razu wiedziałem, że to Ola i Bartek czekają na mnie na mecie. Jak ja się ucieszyłem, że ich widzę i to już prawie koniec tych zmagań!Krzyczeli z brzegu, ale nic nie słyszałem, potem okazało że kierowali mnie we właściwym kierunku – ku mecie. Zegarek pokazał dystans 12,37km i czas 2 godziny i 9 minut. Koniec, byłem na mecie!!!
Już na lądzie gdy wyciągnąłem deskę z wody, ściągnąłem kamizelkę i cały sprzęt z siebie powiedziałem sobie – NIGDY WIĘCEJ!!! Raz wystarczy. No ale! Już po dwóch godzinach chciałem tam wrócić.
Niesamowita przygoda, walka z samym sobą oraz żywiołem jakim jest morze. Człowiek ma naprawdę sporo czasu aby pobyć sam ze sobą i ze swoimi słabościami. Taka przygoda hartuje, a morze jest nieprzewidywalne i nie ważne jakie masz plany – szybko je zweryfikuje. Uwielbiam ten żywioł. Brawa dla wszystkich, którzy podjęli się tego wyzwania.
King Of The Bay, widzimy się za rok!!!
