Nie jestem specjalistą od pływania po morzu choć przepłynąłem świat dookoła już kilka razy (oczywiście nie na SUP’ie) ale chciałem się podzielić z Wami moimi przeżyciami z podróży na Zanzibar. Nie będzie to jednak przewodnik turystyczny ani dziennik zakrapiany rumem.
Jak tylko dotarłem na miejsce żałowałem, że nie mam swojego SUP’a. Na szczęście okazało się, że hotel w którym się zatrzymałem dysponuje deskami i są one nawet dostępne bezpłatnie dla gości. Jaki ja byłem szczęśliwy. Szczęście nie trwało zbyt długo – niestety.
Każdy kto pływał w morzu wie jakie potrafi być kapryśne. Jak tylko postanowiłem zabrać deskę na spacer pogoda miała coś przeciwko temu. Nie mam tu na myśli dużych pływów a były całkiem spore – odpływy potrafiły odsłonić 200 m dna lub jak kto woli zabrać tyle plaży. Silny wiatr, duża fala sprawiały, że były to idealne wręcz warunki na kite’a ale nie na SUP. I faktycznie czasz latawców na niebie było sporo. No trudno, musiałem czekać, aż morze zmieni zdanie i pozwoli zanurzyć wiosło. Dwa dni później warunki były wręcz idealne. Zero wiatru, morze pomału się cofało, fale były stosunkowo niskie, ale rozciągnięte. I to by było tyle dobrego. Od razu przyznam, że było to moje pierwsze doświadczenie ze sztywną deską. Pomimo tego, że większość czasu pływam raczej na touringach niż na allround’ach nie był to dla mnie żaden problem właśnie na taką wskoczyć. Zresztą krótsza deska w teorii powinna lepiej sobie radzić z falą na morzu. Największy problem jaki miałem to jakość sprzętu jakim dysponowała ów wypożyczalnia. Deski były mocno nadgryzione zębem czasu ale to był jeszcze luzik – dało się tym płynąć. Największy problem pojawił się w postaci wiosła. I wcale nie chodzi o to, że miałem wymagania co do wagi, materiału etc. Nie porostu wiosła jakimi dysponowali to wiosła kajakowe – zdejmowali jedno z piór i gotowe – masakra. Niestety w miejscowości w której się zatrzymałem nie było innej możliwości na wypożyczenie SUP’a. W innych częściach wyspy znalazłem później już sporo miejsc gdzie moża było wypożyczyć deskę, ale o jakości się nie wypowiem.
To wszystko jednak nie zmienia faktu, że naprawdę piękne miejsce do pływania. Kolory wody w każdym odcieniu błękitu, piękne fale łamiące się na rafie koralowej w oddali, tradycyjne drewniane łodzie z żaglem no i piękne plaże- z białym jak mąka piaskiem; w otoczeniu palm kokosowych naprawdę było co podziwiać. Spacer wzdłuż wybrzeża ciężki do opisania. Myślę, że dla osób z większym doświadczeniem na morzu żadne warunki tam panujące nie były by straszne. Chce tam wrócić!!! Gdyby nie limit 16 kg bagażu w samolocie decha napewno pojechała by ze mną.
