Mimo kilkuset kilometrów pokonanych na jeziorach byłem pewien, że nie jestem gotów do pływania po rzekach. Tak oto nieco niespodziewanie w sobotnie przedpołudnie ziściło się małe, supowe marenie – udało się pokonać pokaźny odcinek największej rzeki w okolicy.
W piątkowy wieczór zawibrował telefon. „Chcemy popłynąć Głuszynką z Borówca do Poznania.” W pierwszej chwili miałem ochotę jakoś się wymigać. Dwadzieścia kilometrów po płynącej wodzie, w dodatku zimą, nie jestem jeszcze gotowy na rzekę. Może latem… Kwadrans później ustaliliśmy miejsce i godzinę zbiórki na 10:30, kolejnego dnia.
Pierwotny plan zakładał start w Borówcu, trasę Głuszynką do Warty i metę przy poznańskiej katedrze. Rano okazało się, że lepszym logistycznie pomysłem będzie początek w Koninku. Na miejscu zobaczyliśmy niewielką rzekę rozlaną na okoliczne pola, prywatne posesje, całą masę przewróconych drzew i innych przeszkód, które nie sposób pokonać bez wejścia do wody. Bez właściwego, przepływnego koryta ta trasa byłaby zbyt niebezpieczna i czasochłonna, postanowiliśmy więc, że niewielką rzekę zamienimy na przystań w Puszczykowie. Nieco przypadkowo trafiliśmy na slip w Rogalinku i tam zaczęła się moja pierwsza podróż rzeką.
Start określiłbym tak: ogromne rozlewisko Warty, wiatr w plecy i przejmujące zimno, które chwilę potem miało się okazać niezauważalne. Tak popłynęliśmy w stronę Poznania zostawiając za sobą Puszczykowo, Czapury i Luboń. Zanim zeszliśmy na brzeg nieco za Mostem Rocha zatrzymaliśmy się na chwilę zrobić wspólne zdjęcie i obejrzeć z bliska okrążony wodą, popularny Klub na Fali. Pokonanie 22.74 km w normalnym tempie zajęło nam równo 2 godziny i 41 minut.
Rozlana Warta robi niesamowite wrażenie. Rzeka wgryzła się w dużą część lądu, na poznańskim odcinku z wody wystają znaki, barierki, a pod pokładem deski widać pasy Wartostrady. Popularny latem Klub na Fali „pływa” w czystej, opadowej wodzie rzeki.
Nurt „niesie” dyskę ok 7 kilometrów na godzinę, ale to nie znaczy, że można zapomnieć o wiosłowaniu. W pierwszej chwili odnosi się wrażenie, że deska stoi na poruszającej się wodzie. Nie sam prąd sprawił mi najwięcej trudności, a wszechobecne, mniejsze lub większe wiry. Wystarczył moment nieuwagi, a pokonywanie jednego skończyłoby się dla mnie lądowaniem w chłodnej wodzie. Na rzece dobrze mieć oczy szeroko otwarte, unikać płycizn, przeszkód wystających i tych, płynących z nurtem. Przede wszystkim pierwsze kroki w rzecznym pływaniu warto stawiać w towarzystwie bardziej doświadczonych wioślarzy, którzy nie raz pomogą, podpowiedzą czy doradzą jak wiosłować, żeby dopłynąć.
Na deskę w Rogalinku wchodziłem potwornie zestresowany, pełen obaw, czy dam radę, dokąd dopłynę i czy spływ nie wybije mi z głowy planów startu w Krumlovskim Vodačkim Maratonie w Czechach. Dziś wiem, że dzięki Natalii, Sławkowi i Tomkowi mogę śmiało przygotowywać się do startu. I nie mogę doczekać się kolejnego spływu.
Krótki film ze spływu można zobaczyć tutaj.
zdjęcia: SUPernowa | SUPway | Wydry z Przylesia
